sobota, 12 lutego 2011

Cześć,
dziś może o uczuciach. A więc zacznę od tego, że właśnie siedzę przy komputerze i słucham świetnej płyty Green Day a konkretnie piosenki "Wake me up when September ends". Jej tekst zawsze zmusza mnie do refleksji. Dochodzę do wniosku, że każdy potrzebuje lata. Potrzebuje wakacji, potrzebuje detoksyfikacji ciała i duszy. Najlepiej więc gdzieś wyjechać. Tylko, że cóż po tym, kiedy człowiek nie jest w stanie wyzbyć się zmartwień? Słuchaliśmy w samochodzie ostatnio audycji podróżniczej, w której Beata Pawlikowska powiedziała, że podróżowanie to taka prosta sprawa - wsiadasz do samolotu, a po 13 godzinach jesteś w Malezji i wcinasz duriany. Bajka, prawda? No właśnie - bajka. Przed człowiekiem pojawiają się w rzeczywistości góry problemów.
Pierwszy z nich podał mój tata tuż po zakończeniu audycji. Po prostu nie każdego stać na taki wyjazd, trzeba nań ciężko zapracować. Inny jest taki, że w dzisiejszych czasach wakacje trzeba planować z wielomiesięczym wyprzedzeniem, zarezerwować hotele, kupić bilety, załatwić urlop. No i oczywiscie, jak już wyjedziesz, zostawiasz za sobą dom, rodzinę, majątek i pieska. I zamiast delektować się durianem, przejmujesz się, bo okazuje się, że chleb kosztuje nie 2 złote, lecz 3 euro.
I tutaj nasuwa mi się taka myśl - czy da się zupełnie pozbyć stresów i cieszyć życiem, nie martwiąc się o tak przyziemne rzeczy jak kasjerka winna grosika? A może żeby zrzucić jakieś brzemię, trzeba dźwignąć kolejne? Co o tym sądzicie? Piszcie w komentarzach!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz